Aktywne Wpisy

Rad-X +58
Ja p------ę xD
https://x.com/PKP_PLK_SA/status/2095535760376033484
#polskiedrogi #stopcham #pkp #trzecieoko
https://x.com/PKP_PLK_SA/status/2095535760376033484
#polskiedrogi #stopcham #pkp #trzecieoko


patinete +47
Jaka jest najgorsza rada od "autorytetu”, w którą uwierzyliście?
U mnie klasyk: "Idź na stabilne studia, potem znajdź bezpieczną posadę w urzędzie/korpo i przepracuj tam trzydzieści lat do emerytury”. Brzmiało rozsądnie, dopóki zderzenie z rzeczywistością nie pokazało, że "stabilność” oznaczała stagnację, minimalne podwyżki i wypalenie zawodowe już przed trzydziestką.
A jak było u Was? Jaką najgorszą radę dostaliście od kogoś, kogo uważaliście za mądrzejszego, i ile zajęło Wam zrozumienie, że to bzdura?
U mnie klasyk: "Idź na stabilne studia, potem znajdź bezpieczną posadę w urzędzie/korpo i przepracuj tam trzydzieści lat do emerytury”. Brzmiało rozsądnie, dopóki zderzenie z rzeczywistością nie pokazało, że "stabilność” oznaczała stagnację, minimalne podwyżki i wypalenie zawodowe już przed trzydziestką.
A jak było u Was? Jaką najgorszą radę dostaliście od kogoś, kogo uważaliście za mądrzejszego, i ile zajęło Wam zrozumienie, że to bzdura?
źródło: lw1
Pobierz




Niniejszy tekst jest prequelem do słynnego Hakera Jana.
Pewnie wszyscy zastanawiali się, skąd się wzięła Pani Bożenka. Nie była to zwykła żonka montera telefonicznego. Oto jej prawdziwa historia:
# Pani Bożenka, czyli kobieta, która śpiewała do kabla
Pani Bożenka umiała śpiewać, zanim jeszcze nauczyła się porządnie mówić. Tak przynajmniej twierdziła jej matka, kobieta uczciwa, lecz skłonna do przesady, zwłaszcza po drugim kieliszku wiśniówki. Według niej mała Bożenka nie płakała jak inne niemowlęta, tylko wydawała z siebie czyste, długie „aaaa”, zawsze mniej więcej na tej samej wysokości, jakby ktoś ją fabrycznie nastroił. Gdy była głodna, podnosiła ton o pół tonu. Gdy miała mokro, schodziła niżej. Gdy zaś chciała na ręce, przechodziła w wibrato tak przejmujące, że ojciec wyciągał ją z łóżeczka szybciej, niżby zareagował na alarm przeciwlotniczy.
Ojciec Bożenki był stroicielem pianin, człowiekiem milczącym, chudym i nieufnym wobec wszystkiego, czego nie można było sprawdzić kamertonem. W domu stały dwa rozebrane pianina, jedno sprawne, cztery pudła klawiszy, worek filcu, trzy młotki, które z niewiadomych przyczyn nazywał „szczeniętami”, oraz kamerton 440 Hz, używany częściej niż sztućce.
Bożenka wychowywała się więc nie tyle w domu, co wewnątrz instrumentu.
Od rana słyszała pojedyncze dźwięki, dudnienie strun, szuranie mechanizmu, westchnienia klientów i przekleństwa ojca, gdy kolejny domorosły Chopin wcześniej „sam próbował podregulować”. Bożenka odróżniała rozstrojone A od prawidłowego A, zanim nauczyła się tabliczki mnożenia. Z tabliczką zresztą miała później problemy, bo liczby uważała za niedokończone częstotliwości.
— Siedem razy osiem? — pytała nauczycielka.
— Zależy, w jakiej oktawie — odpowiadała Bożenka.
Za co regularnie stała w kącie.
Śpiewu nie uczyła się jednak od ojca. Ojciec uważał głos ludzki za instrument podejrzany, ponieważ nie posiadał śrub regulacyjnych. Śpiewać nauczyła się w kościele, choć nie z pobożności, lecz z próżności. Proboszcz usłyszał ją podczas kolędy i wciągnął do chóru. Miała wtedy jedenaście lat i głos tak czysty, że starsze kobiety natychmiast jej znienawidziły.
Śpiewała sopranem. Najpierw cienkim, jasnym, niemal dziecinnym, potem coraz pełniejszym, z metalicznym rdzeniem, który potrafił przejść przez organy, kaszel wiernych i trzeszczące głośniki marki Tonsil. Nie miała wielkiego głosu operowego. Miała za to rzecz znacznie rzadszą: absolutną kontrolę.
Potrafiła wejść w dźwięk bez najazdu, bez szukania, bez rozgrzewki. Mogła utrzymać ton tak długo, że organista zaczynał się nerwowo oglądać na zegarek. Umiała celowo dodać chrypkę, rozjaśnić barwę, przycisnąć nosowo, poszerzyć gardło, ściszyć głos do nitki albo wypuścić go pełnym pasmem, aż szyby nad zakrystią brzęczały jak szklanki w kredensie.
Jeszcze jako nastolatka odkryła, że ludzie słuchają barwy, a nie słów.
Mogła powiedzieć „dzień dobry” tak, że sąsiad czuł się rozgrzeszony. Mogła powiedzieć „dzień dobry” inaczej i ten sam sąsiad przez resztę dnia zastanawiał się, co przeskrobał. Na odpustach śpiewała pieśni maryjne, na weselach „Białego misia”, a na pogrzebach tak prowadziła „Serdeczna Matko”, że wdowa płakała, grabarz płakał, ksiądz płakał, a nieboszczyk wyglądał, jakby się jeszcze wahał.
Mietka poznała przez telefon.
Nie metaforycznie. Dosłownie przez telefon.
Był rok, w którym aparat telefoniczny stanowił sprzęt domowy, narzędzie władzy i potencjalne źródło pożaru. Bożenka zadzwoniła do centrali, bo od trzech dni słyszała w słuchawce cudze rozmowy, trzaski oraz mężczyznę, który codziennie około siedemnastej zamawiał dwieście kilo cementu.
Po drugiej stronie odezwał się Mietek, monter i telefonista, człowiek posiadający obcęgi, miernik, lutownicę oraz fatalne poczucie humoru.
— Proszę nie podsłuchiwać — powiedział.
— Ja nie podsłuchuję. To oni mówią w moim telefonie.
— Telefon jest właśnie do tego.
— Ale nie mój.
— Wszystkie telefony są trochę wspólne.
To zdanie ją zaintrygowało.
Mietek przyszedł następnego dnia. Zobaczył Bożenkę w fartuchu, z włosami upiętymi ołówkiem i miną kobiety, która już wie, że fachowiec będzie kombinował. Ona zobaczyła mężczyznę o dłoniach poparzonych lutownicą, kieszeniach pełnych śrubek i uszach dziwnie wyczulonych na dźwięki.
Mietek nie słyszał muzyki. Słyszał linię.
Kiedy Bożenka mówiła, on nie myślał: „ładny głos”. Myślał: „szerokie pasmo, mocny środek, mało syczenia”. Kiedy się roześmiała, powiedział:
— Pani ma bardzo dobre przenoszenie.
Każda inna kobieta wyrzuciłaby go za drzwi.
Bożenka spytała:
— Do ilu kiloherców?
I tak się zaczęło.
Ich zaloty były technicznie odpychające. Inni chodzili do kina, oni testowali mikrofony. Inni trzymali się za ręce, oni trzymali sondy pomiarowe. Mietek puszczał jej przez słuchawkę sygnały testowe, a ona odgadywała częstotliwość.
— Tysiąc.
— Tysiąc dwieście.
— Nie p-----l, tysiąc sto osiemdziesiąt.
Miernik pokazywał tysiąc sto osiemdziesiąt trzy.
Mietek się zakochał.
Ślub odbył się skromnie. Organista grał za wolno, więc Bożenka pociągnęła melodię po swojemu, a cały kościół musiał się dostosować. Mietek podczas przysięgi powiedział „tak” trochę za cicho, wskutek czego Bożenka kazała mu powtórzyć z lepszym poziomem sygnału.
Potem przyszła codzienność: mieszkanie, rachunki, praca, wiecznie rozgrzana lutownica na parapecie, przewody pod stołem i ludzie dzwoniący do Mietka o każdej porze, ponieważ „telefon znowu robi takie dziwne halo”.
Bożenka śpiewała coraz rzadziej. Chór porzuciła po konflikcie z organistą, który uparł się, że mezzoforte oznacza „trochę głośniej”. Na wesela przestała chodzić, bo pijani goście prosili ją wyłącznie o „Jesteś szalona”, zanim ta piosenka w ogóle powstała. Został jej głos używany do wydawania poleceń Mietkowi, przekrzykiwania odkurzacza i straszenia inkasentów.
Aż pojawił się pan Jan.
Pan Jan przyniósł ze sobą pomysł tak głupi, że aż piękny. Potrzebował generatora. Nie generatora prądu, tylko tonów. Potrzebował stabilnych częstotliwości, sygnału nośnego, modulacji, czegoś, co dałoby się wepchnąć w mikrofon, przepuścić przez linię telefoniczną i po drugiej stronie odczytać jako dane.
— Mam urządzenie — powiedział Mietek.
— Jakie?
Mietek wskazał Bożenkę, która stała przy kuchence i mieszała kakao.
Zapadła cisza.
— Mietek — powiedziała Bożenka powoli — zastanów się, czy chcesz dokończyć to zdanie.
— Ty jesteś generatorem.
Łyżeczka zatrzymała się w powietrzu.
— Jeszcze jedno słowo, a będziesz odbiornikiem. Sygnałów z kostnicy.
Pan Jan jednak patrzył na nią poważnie. Wyjaśnił częstotliwości, modulację, standardy, prędkość 1200 bodów, potem 2400, dwa tony reprezentujące stany, przesyłanie bitów przez zwykły kanał głosowy. Opowiadał o modemach, lecz nie posiadał modemu. Posiadał za to hackomat: dwa mikrofony, trzy słuchawki, przewody, przełączniki i obudowę, która wyglądała jak radio zbudowane przez więźnia z części od domofonu.
Bożenka słuchała.
— Czyli chcecie, żebym robiła „piii” i „puuu”?
Pan Jan pokręcił głową.
— Bardziej precyzyjnie.
— Za darmo?
— Dla rozwoju informatyki.
— Informatyka niech mi zapłaci.
Zapłacili jej kakao, paczką kawy i obietnicą, że nikt nigdy nie nazwie jej „urządzeniem peryferyjnym”.
Tak powstała wokalna sekcja grupy Sendbajt.
Pierwsze próby były chaosem.
Bożenka siedziała przy stole. Przed nią stały dwa mikrofony: jeden węglowy ze starego aparatu, drugi dynamiczny zdobyty przez Wandę, która pracowała przy modulatorze i miała dostęp do miejsc, o których nie zadawało się pytań. Mietek trzymał miernik. Pan Jan siedział przy klawiaturze. Na stole leżały kartki z ciągami zer i jedynek.
— Zero nisko, jedynka wysoko — tłumaczył Jan.
— Jak wysoko?
— Dwa tysiące czterysta.
— To nie jest wysoko.
— Dla telefonu jest.
— Telefon ma biedne życie.
Bożenka zaczęła od prostego rozróżnienia tonów. Ustawiała głos jak instrument: niski rezonans cofnięty w gardło, wysoki przesunięty do maski, oba prowadzone bez wibrata, bez ozdobników i bez oddechowych śmieci. Mietek patrzył na wskazówkę miernika i nie wierzył.
Bożenka potrafiła utrzymać ton z odchyłką mniejszą niż niejeden tani generator. Korygowała wysokość na słuch, reagując na sprzężenia, zniekształcenia słuchawki i jakość linii. Gdy przewód tłumił wyższe częstotliwości, rozjaśniała barwę i dodawała harmonicznych. Gdy mikrofon charczał, cofała dźwięk, zmniejszała ciśnienie i podawała go bardziej nosowo.
Nie śpiewała melodii.
Kodowała.
Początkowo każdy bit wydawała osobno.
— Piii, puuu, piii, piii, puuu…
Po pięciu minutach bolała ją szczęka.
Po dziesięciu Mietek zgubił miejsce.
Po piętnastu pan Jan stwierdził, że transmisja jest obiecująca.
— Obiecująca komu? — spytała. — Laryngologowi?
Trzeba było zwiększyć szybkość.
Bożenka opracowała własną technikę. Nie przeskakiwała pomiędzy tonami całym głosem, bo to było zbyt wolne. Ustawiała stałą nośną, a zmianę kodu robiła rezonansem jamy ustnej, ustawieniem języka, lekkim domknięciem gardła i zmianą udziału harmonicznych. Jej aparat głosowy działał jak biologiczny modulator częstotliwości.
Wanda niemal się popłakała ze szczęścia.
— Ty jesteś p------a — powiedziała z szacunkiem.
— Wreszcie ktoś mówi do mnie fachowo.
Przy 1200 bodach Bożenka jeszcze dawała radę sama. Nie oznacza to oczywiście, że wydawała tysiąc dwieście oddzielnych dźwięków na sekundę. System grupy Sendbajt był sklecony z kompromisów, buforów, powtórzeń, rytmicznych ramek i interpretacji pana Jana, który część danych rozpoznawał bardziej wiarą niż elektroniką. Bożenka dostarczała stabilny, modulowany sygnał, a hackomat wraz z układem Wandy formował z niego coś, co na drugim końcu można było uznać za cyfrowe.
Przy 2400 zaczęła się jazda bez trzymanki.
Mietek zbudował dla niej rezonator z rurki, pudełka po kakao i fragmentu słuchawki. Wanda dorzuciła filtr, który podobno pochodził z urządzenia wojskowego, lecz miał na sobie nalepkę „magnetofon ZK”. Pan Jan wymyślił kodowanie różnicowe, którego nikt do końca nie rozumiał, włącznie z panem Janem.
Bożenka śpiewała nośną, a Wanda modulowała ją elektrycznie. Głos trafiał do mikrofonu, potem do układu, gdzie był wzmacniany, przycinany, przesuwany fazowo i przepuszczany przez filtry. Bożenka na bieżąco kompensowała to, co elektronika psuła.
Była jednocześnie źródłem sygnału i układem sprzężenia zwrotnego.
— Wyżej — mówiła Wanda.
— Nie wyżej, tylko ostrzej.
— To ostrzej.
— Już jest ostrzej.
— Miernik nie widzi.
— Miernik jest głuchy.
— Bożenka, k---a, mamy pakiety do wysłania.
— To niech pakiety śpiewają.
Mimo kłótni działało.
Grupa Sendbajt przekazywała w ten sposób krótkie ciągi danych, identyfikatory, hasła, fragmenty wiadomości i sygnały synchronizacyjne. Kiedy system tracił synchronizację, Bożenka wydawała specjalny dźwięk, nazywany przez nich „świnią”, ponieważ zaczynał się jak sopran, a kończył jak prosię duszone kablem.
Każdy członek grupy rozpoznawał go natychmiast.
Pan Jan uważał, że Bożenka powinna opracować pełen protokół wokalny. Bożenka uważała, że pan Jan powinien opracować pełen protokół s----------a.
Niemniej z czasem stworzyli zestaw komend:
Długi ton niski oznaczał gotowość.
Dwa krótkie wysokie — potwierdzenie.
Zjazd o tercję — błąd ramki.
Chrypnięcie — powtórz.
Falset z urwanym końcem — rozłącz się natychmiast.
To ostatnie zostało wykorzystane pierwszy raz, gdy ktoś obcy wpiął się w linię. Bożenka usłyszała zmianę szumu. Dla zwykłego człowieka było to nic: drobne przytłumienie, lekkie kliknięcie, może trzask. Dla niej linia nagle „oddychała inaczej”.
Wydała sygnał alarmowy.
Mietek rozłączył hackomat.
Pan Jan schował kartki do pieca.
Wanda zgasiła światło, choć nikt nie wiedział po co.
Po minucie zadzwonił telefon.
Nikt nie odebrał.
Dzwonił długo.
Bożenka siedziała nieruchomo i słuchała rytmu dzwonka. Po szóstym sygnale powiedziała:
— To nie automat.
— Skąd wiesz? — spytał Mietek.
— Automat dzwoni bez złości.
Telefon umilkł.
Od tego dnia nikt już nie żartował, że Bożenka jest tylko generatorem.
Była uchem grupy.
Potrafiła rozpoznać, czy sygnał idzie przez zwykłą centralę, wzmacniak, kiepskie łącze czy podsłuch. Słyszała opóźnienie echa, przesterowanie, brum sieciowy i charakterystyczne „zaciśnięcie” pasma, kiedy w torze pojawiał się dodatkowy element.
Mietek znał instalacje.
Wanda znała modulację.
Pan Jan znał system.
Bożenka znała to, czego nie potrafili opisać: charakter linii.
Mówiła, że każda linia telefoniczna ma temperament. Jedna była tępa, druga nerwowa, trzecia połykała wysokie tony, czwarta odbijała głos jak stara kuchnia. Najgorsze były linie „uprzejme” — czyste, ciche i podejrzanie idealne.
— Na takich zawsze ktoś słucha — twierdziła.
Nikt nie wiedział, czy ma rację.
Nikt też nie chciał sprawdzać.
Z biegiem czasu Bożenka zaczęła eksperymentować z głosem bardziej niż z muzyką. Potrafiła zmienić się w staruszkę, dziewczynkę, zmęczoną urzędniczkę, sekretarkę dyrektora albo faceta z zapaleniem zatok. Robiła to nie teatralnie, lecz technicznie: zmieniała formanty, ustawienie krtani, artykulację, tempo i oddech.
To okazało się równie użyteczne jak modulacja.
Kiedy trzeba było zadzwonić i wyciągnąć informację, robiła to Bożenka.
— Dzień dobry, centrala techniczna, mieliśmy zgłoszenie zaniku sygnału na państwa numerze…
— Jakie zgłoszenie?
— Właśnie sprawdzamy, proszę pana. Czy po podniesieniu słuchawki słyszy pan ton ciągły czy przerywany?
Po trzech minutach wiedziała, jaki aparat stoi na biurku, kto go używa, kiedy wychodzi na obiad i czy pokój ma drugi numer.
Pan Jan nazywał to inżynierią społeczną.
Bożenka nazywała to gadaniem z głupkami.
Nigdy nie uważała się za hakerkę. Haker kojarzył jej się z człowiekiem chudym, niewyspanym i ubranym w sweter, który pachnie lutownicą. Ona była panią domu, żoną telefonisty, byłą chórzystką i kobietą, która umiała przesłać znak kontrolny przez linię miejską za pomocą głosu, pudełka po kakao i urządzenia zabronionego przez wszystkie znane instrukcje BHP.
Nie widziała w tym nic nadzwyczajnego.
— Każdy coś umie — mówiła. — Jeden piecze, drugi naprawia kran, trzeci fałszuje dokumenty. Ja umiem utrzymać tysiąc osiemset herców.
W Sendbajcie budziła respekt.
Nie dlatego, że krzyczała. Choć potrafiła.
Nie dlatego, że znała sekrety. Choć znała.
Nie dlatego, że jej głos przechodził przez linie, filtry i urządzenia. Chodziło o coś bardziej podstawowego: Bożenka nigdy nie dawała się ponieść technicznej mitologii.
Gdy pan Jan mówił o cyberprzestrzeni, ona pytała, kto zapłaci rachunek telefoniczny.
Gdy Mietek zachwycał się nowym przekaźnikiem, pytała, dlaczego leży na obrusie.
Gdy Wanda mówiła o przełomie w modulacji, Bożenka wskazywała, że z układu leci dym.
Była kotwicą tej grupy w rzeczywistości.
Co było zabawne, ponieważ jej własne zadanie polegało na zamienianiu głosu w coś, co przestawało być głosem.
Największą transmisję przeprowadziła nocą, gdy trzeba było przesłać fragment danych do BBS-u, którego numer zmieniał się częściej niż zdanie właściciela. Modem odmówił współpracy. Hackomat piszczał. Wanda klęła na filtry. Mietek trzymał słuchawkę owiniętą ręcznikiem. Pan Jan patrzył na ekran, gdzie kursor migał z obojętnością kata.
Bożenka usiadła.
Zdjęła kolczyki.
Wypiła łyk wody.
— Od początku — powiedziała.
Podała nośną nisko, niemal bezgłośnie. Wanda wprowadziła modulację. Bożenka skorygowała rezonans. Sygnał przeszedł przez mikrofon, przewód, hackomat, miejską centralę, kilometry miedzi, kolejną centralę i urządzenie po drugiej stronie.
Na ekranie pojawił się znak.
Potem drugi.
Potem linia tekstu.
Pan Jan przestał oddychać.
Mietek patrzył na żonę jak w dniu, gdy pierwszy raz powiedziała „tysiąc sto osiemdziesiąt”.
Bożenka śpiewała przez czterdzieści trzy minuty.
Nie melodię.
Strumień.
Czasem czysty, czasem szorstki, czasem przypominający zawodzenie transformatora, czasem mowę wieloryba zamkniętego w rurze kanalizacyjnej. Pot spływał jej po szyi. Gardło piekło. Oczy miała zamknięte. W pewnym momencie złapała lekki skurcz, lecz nie przerwała.
Kiedy transmisja się skończyła, ekran wyświetlił potwierdzenie.
Pan Jan powiedział:
— Poszło.
Bożenka otworzyła oczy.
— To teraz niech ktoś zrobi herbatę.
Następnego dnia nie mogła mówić. Mietek był zachwycony ciszą przez pierwsze dwie godziny. Potem zaczął się martwić. Wieczorem Bożenka odzyskała głos i pierwsze, co powiedziała, brzmiało:
— Nie przyzwyczajaj się.
Tak wyglądała pani Bożenka.
Nie była śpiewaczką, choć śpiewać umiała.
Nie była elektronikiem, choć elektronika bez niej często nie działała.
Nie była modemem, generatorem ani modulatorem, chociaż pełniła funkcję każdego z tych urządzeń, a przy okazji potrafiła ugotować zupę, ochrzanić męża i wykryć podsłuch na podstawie tonu ciszy.
Była najdoskonalszym elementem systemu Sendbajt, ponieważ jako jedyna nie została wykonana przez człowieka, który lutował po pijaku.
Pan Jan miał hackomat.
Mietek miał linię.
Wanda miała modulator.
A Bożenka miała głos.
I kiedy wszystkie urządzenia zawodziły, przewody nie łączyły, przekaźniki się sklejały, a postęp techniczny po raz kolejny szedł w p---u, pani Bożenka brała oddech i śpiewała dane prosto w kabel.
Bo czasem cała informatyka sprowadza się do tego, że po jednej stronie jest człowiek, po drugiej drugi człowiek, a pomiędzy nimi kawał miedzi i kobieta, która nie fałszuje.