Wpis z mikrobloga

Mirki, piszę z prośbą o poradę, bo już naprawdę nie wiem, co robić, ani myśleć.

Moja różowa cierpi od wielu lat na depresję, leczy się od około dwóch lat. Staram się ją wspierać, jak tylko mogę - mamy trójkę dzieci (najstarsze 9 lat, najmłodsze 5), wspólnie mieszkamy w kujawsko-pomorskiem w domu (kupionym na kredyt), o który dbamy razem, ale z racji na jej częste stany depresyjne ostatnio to ja się porządkiem w tym domu częściej zajmuję. Emocjonalnie i mentalnie stoję za nią murem, zwłaszcza gdy jej i moi rodzice nie do końca sobie zdają sprawę ze skali jej choroby - wychodzą ze staroświeckiego założenia, że w depresję popadają tylko biedni (finansowo) i w ogóle co ona może mieć za depresję, nikt jej nie bije, to niech nie narzeka, tylko niech pobiega, to jej przejdzie.

Od listopada ubiegłego roku znalazłem pracę na Dolnym Śląsku (byłem bardzo mocno namawiany przez małżonkę, żeby tę pracę podjąć), lepiej płatną niż w moich stronach, więc finansowo stoimy trochę lepiej, pomimo że od tego miesiąca żonie nie przysługuje żadne świadczenie ani zasiłek, a od października jest bez pracy. Złożyła wniosek o rentę, ale szansa na jej uzyskanie z powodu depresji jest bardzo mała. Mój kierownik daje mi jasno do zrozumienia, że chce, żebym się przeprowadził bliżej biura (taka specyfika mojego stanowiska, choć jakby się uprzeć to fizycznie na miejscu tak naprawdę musiałbym być 2-3 dni w miesiącu oraz w nagłych przypadkach w razie potrzeby, resztę przepracowałbym zdalnie), okres próbny mi się skończył, ale nie dostałem, jak wszyscy zatrudnieni u nas na UoP, umowy na nieokreślony, tylko na rok, z mocnym zaleceniem przeprowadzki bliżej biura. Jako kompromis udało mi się dogadać, że będę w biurze 2-3 razy w tygodniu (reszta zdalnie), ale będę nocować u siostry, mniej więcej w połowie drogi z domu do biura, pociągiem to niecałe 1,5h w jedną stronę. Nie daje mi to jednak gwarancji, że szef na koniec trwania mojej umowy nie strzeli jakiegoś focha i kolejnej umowy po prostu nie dostanę.

Dojazdy mnie wykańczają fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie, bo nigdy nie wiem, w jakim stanie i czy w ogóle zobaczę żonę po powrocie do domu. Myśli samøßójcze dręczą ją od dawna, ale ostatnio się nasiliły. Ma za sobą jedną próbę, ale to było zanim się jeszcze poznaliśmy. Za to świadomie robi sobie krzywdę (tnie sobie ręce). Chodziła na różne terapie na oddział psychiatryczny (dzienny), była też zamknięta w szpitalu specjalistycznym, ale tak dobrze się maskowała przed lekarzami, że ją wypuścili po nieco ponad miesiącu. W tamtym czasie opieka nad dziećmi, ogarnianie wszystkich spraw szkolnych, domu itd. spadło całkowicie na mnie. Moi rodzice pomagali mi z dziećmi na czas, kiedy musiałem być w biurze. Przedtem z żoną staraliśmy się dzielić obowiązkami tak, żeby żadne z nas dwojga nie czuło się przytłoczone, życie sprawiło, że trochę więcej spadało na nią, co często było przedmiotem kłótni i jest w sporym stopniu składową przyczyny jej aktualnego stanu zdrowia psychicznego - zdaję sobie z tego sprawę.

Osobiście uważam, że nie powinna była stamtąd wychodzić, zwłaszcza, że jej stan według mnie się pogarsza, ale na ten moment prawnie (chyba) nie mogę jej zmusić do powrotu tam, dopóki nie stanowi zagrożenia dla innych. Kocham ją i chcę jej pomóc, ale zupełnie nie wiem jak. Kiedy jestem w domu, staram się jej zapewnić jak najwięcej odpoczynku, snu i biorę na siebie większość sprzątania, gotowania, opieki nad dziećmi, tak żeby ona mogła się skupić na swoim własnym zdrowiu. Problem w tym, że żona nie bierze leków według wskazań psychiatry, tylko sama według siebie je dawkuje, a najczęściej to w ogóle nie bierze żadnych, bo jak mówi „nie chce być jak robot”, poza tym leki wpływają negatywnie na jej libido. Będąc daleko przecież nie przypilnuję, czy faktycznie połknęła wszystkie pigułki. Przez to mam wrażenie, że wszelkie terapie u psychologa nie przyniosą jej jakichkolwiek efektów, a wręcz sama się nakręca w ten sposób, że nie dostrzega ona mojego wsparcia i przez to teraz czuje się tak, jak tuż przed trafieniem do szpitala. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze zaburzenia rytmu dobowego - kiedy jestem w domu, żona potrafi zasnąć o 5 nad ranem i spać do 14.

Poradźcie proszę, co mogę zrobić, żeby jej pomóc… Bardzo nie chcę (i prawdopodobnie nie mogę) jej zamykać na siłę w psychiatryku, a z tego, co wiem, poza faszerowaniem lekami pozwoleniem na spanie do woli i tak niewiele zdążyli jej pomóc, ale jeśli nie będzie innego wyjścia, to będę musiał ją tam wysłać (bodajże sądowo da się to wymusić). Boję się, że ona w końcu sobie coś zrobi, a ja nie zdążę nawet zareagować, bo nie będzie mnie w pobliżu.

#psychologia #psychiatria #depresja
  • 15
  • Odpowiedz
  • Otrzymuj powiadomienia
    o nowych komentarzach

@onepnch: jestem na tyle zdesperowany, że szukam jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Wśród znajomych mało kto zmaga się z czymś podobnym, a na rodzinę w tym temacie w ogóle nie liczę. Wiem, że wykop to niekoniecznie idealne miejsce na tego typu porady, ale może a nuż ktoś chociaż zna podobną sytuację z własnego podwórka.
  • Odpowiedz
@WujekAdamek: Depresja jest skutkiem wynikającym z przyczyn biopsychospołecznych. Coś tą depresje musiało wywołać i coś nadal wywołuje i utrzymuje. Przyczyn może być wiele: samotność, konflikty w psychice, podatność genetyczna, presja, poczucie winny czy zaburzone przywiązanie itp. Samo leczenie depresji nie rozwiąże tych problemów. Trzeba zlokalizować źródło i je naprawić. Oczywiście cały czas mając na uwadze depresje i mierzenie się z nią.
Nieregularne branie leków potrafi bardzo pogarszać stan albo powodować rollercoaster
  • Odpowiedz
@WujekAdamek: Nie rozumiem po co tą pracę brałeś jak jesteś uwiązany w konkretnym miejscu. Masz do wyboru albo ją rzucić i szukać czegoś blisko domu, albo sprzedać dom i przeprowadzić rodzinę bliżej Twojej obecnej pracy. Co do żony - nie da się pomóc komuś, kto nie chce pomocy. Pogadaj z nią szczerze na ten temat, jak nie będzie u niej woli walki o cokolwiek, co macie no to tak naprawdę
  • Odpowiedz
  • 0
@paw1470: pomysł z hobby faktycznie niezły, kiedyś lubiła malować i rysować, więc może coś w tym kierunku jej pomoże. Z pracą na razie bym się wstrzymał - płatna póki co odpada (wątpię, że na ten moment jakikolwiek lekarz jej klepnie badania medycyny pracy), rozważyłbym wolontariat, choć nie od razu - nie lubi wychodzić między ludzi. Chcę jej umożliwić wyjście małymi kroczkami ze strefy komfortu.

Dzięki za rady!
  • Odpowiedz
@WujekAdamek: Czy ona nie miała tez zdiagnozowanych zaburzeń osobowości (samookaleczanie, nieprzewidywalne zachowania)? Czy dziadkowie jedni lub drudzy pomagają jej z dziećmi gdy Ciebie nie ma lub mieszkją w pobliżu i mogą ją kontrolować? Wg mnie jedyne opcje to przeprowadzka lub zmiana pracy. I na Twoim miejscu obawiałabym się przede wszystkim o życie i zdrowie psychiczne dzieci... Bez urazy, ale trójka dzieci z taką kobietą, do tego niemal hurtem jedno po
  • Odpowiedz
  • 0
@not_me: z pracą wyszło tak, że w mojej poprzedniej firmie, w wyniku fatalnych decyzji wyższego kierownictwa, zaczęto stopniowo coraz mocniej stawiać na zatrudnianie młodych i niedoświadczonych (przez to tańszych) ludzi, świeżych na rynku pracy. Ja z 10-letnim stażem prędzej niż później dostałbym "ofertę nie do odrzucenia" (czytaj: możliwość dobrowolnego natychmiastowego odejścia z firmy z 3-miesięczną odprawą) albo, w razie rozwiązania mojego serwisu, wypowiedzenie umowy. Wielu kolegów i koleżanki z innych
  • Odpowiedz
@WujekAdamek:

Rozumiem Twój punkt widzenia, ale dzieci pojawiły się dużo wcześniej, niż jej załamanie psychiczne. O depresji owszem, wiedziałem wcześniej, ale przez lata nie działo się nic niepokojącego, wszystko po prostu wydawało się pod kontrolą - zupełnie jak b---a z opóźnionym zapłonem.


Mój punkt widzenia jest generalnie mocno spaczony przez bycie nieplanowanym dzieckiem niezrównoważonej i niedojrzałej 21-latki, która po paru latach popadła w alkoholizm i ćpanie benzodiazepin, odstawiala histrioniczne szopki,
  • Odpowiedz
@WujekAdamek: Widzę 3 opcje.
1. Wracasz i szukasz roboty na miejscu.
2. Przeprowadzasz się z rodziną na Śląsk.
3. Sprawisz, że ktoś z rodziny z nią zamieszka np. jej matka. Plus ewentualnie wynajęcie kogoś do pomocy przy gotowaniu i sprzątaniu.
Poza tym daj na mszę w intencji żony.
  • Odpowiedz
@Lord-Penetrator: gdzie jest granica ilości opłacalności mszy? Rodzina wydała tysiące na mszę o zdrowie. Człowiek zmarł. Po śmierci opłacone ponad 30 mszy przez uczestników pogrzebu. Do tego mszę w innych kościołach bo ktoś gdzieś powiedział że tamten kościół lepszy bo był cud. Jak ktoś potrzebuje to niech płaci. Babcia mi ciągle powtarza że jak się pomodlę to wszystko samo się zrobi. W jej przypadku działa bo ona tylko Rydzyka słucha
  • Odpowiedz