Bruce Willis nie zmienił tylko kariery. On zmienił czyjś los.
Pod koniec lat 90. Michael Clarke Duncan był człowiekiem o potężnej posturze… i jeszcze większym sercu. Zrezygnował ze studiów, aby opiekować się chorą matką. Żeby zapłacić za jej leki, pracował w Chicago, kopiąc rowy. Każde wbicie łopaty w ziemię było modlitwą: „Boże, daj mi siłę, żebym się nie poddał”.
Kilka lat później wyjechał do Los Angeles — nie po sławę, lecz po szansę. Zatrudnił się jako ochroniarz i bodyguard gwiazd. Aż w końcu dostał niewielką rolę w filmie akcji „Armageddon” (1998).
To właśnie tam poznał Bruce’a Willisa.
Bruce szybko zauważył, że Michael różni się od innych. Tak, miał imponującą sylwetkę. Ale miał też niezwykłą pokorę, dobroć i czułość. Gdy inni się popisywali, on mówił o swojej mamie i o tym, jak modli się, by móc dać jej lepsze życie. Bruce słuchał w ciszy… i z podziwem.
Kilka miesięcy później Bruce dowiedział się, że reżyser Frank Darabont (twórca „Skazanych na Shawshank”) rozpaczliwie szuka aktora do roli Johna Coffeya w filmie „Zielona mila”. Potrzebny był ktoś potężny fizycznie, ale o czystym, niewinnym spojrzeniu. Silny na zewnątrz — i dobry w środku.
I Bruce nie miał wątpliwości ani chwili: „Taki człowiek istnieje. Nazywa się Michael Clarke Duncan”.
Zadzwonił osobiście do producentów i poprosił, by dali mu szansę na casting. Gdy Michael wszedł do sali — zapadła cisza. Nie musiał krzyczeć ani udawać siły. Wystarczyło, że przemówił swoim łagodnym głosem, który jego mama nazywała „moim cudem”.
I to wystarczyło.
Z ochroniarza bez przyszłości stał się nominowanym do Oscara za jedną z najbardziej poruszających ról w historii kina. A pierwszy duży czek przeznaczył na spłatę długów medycznych swojej mamy.
Dlatego po latach Michael mówił, że Bruce Willis uratował jego życie… i życie jego matki. Bo gdyby Bruce nie zabrał głosu — Hollywood nigdy by go nie usłyszało.
Tak działa Bóg. Czasem nie otwiera drzwi sam — wysyła kogoś, kto zrobi to za ciebie.
@Mega_Smieszek: Dzieci na onkologi też czekają na swoje anioły. Na co czeka bóg? Aż ich cierpienie uszlachetni? Ile mają na to cierpieć? Rok? Dwa lata? 10?
A Hania Barczak? Ona była czyims aniołem, pomagała koleżance z porażeniem mózgowym.. Zmarła na początku roku na raka kości. Czemu jej nikt nie uratował?!?!
Czemu nikt nie ratuje dzieci które umierają z głodu w jemenie? 2 mln dzieci jest tam skrajnie niedożywionych, umierają z głódu każdego
@Mega_Smieszek: w nagrodę za dobroć Bruce dostał od boga przedwczesną demencję, która spowodowała że w stosunkowo młodym wieku nie może się sam podetrzeć i rodzina musiała go oddać do domu opieki :) just katolickie miłosierdzie Boże
Pod koniec lat 90. Michael Clarke Duncan był człowiekiem o potężnej posturze… i jeszcze większym sercu.
Zrezygnował ze studiów, aby opiekować się chorą matką. Żeby zapłacić za jej leki, pracował w Chicago, kopiąc rowy. Każde wbicie łopaty w ziemię było modlitwą:
„Boże, daj mi siłę, żebym się nie poddał”.
Kilka lat później wyjechał do Los Angeles — nie po sławę, lecz po szansę. Zatrudnił się jako ochroniarz i bodyguard gwiazd.
Aż w końcu dostał niewielką rolę w filmie akcji „Armageddon” (1998).
To właśnie tam poznał Bruce’a Willisa.
Bruce szybko zauważył, że Michael różni się od innych. Tak, miał imponującą sylwetkę. Ale miał też niezwykłą pokorę, dobroć i czułość. Gdy inni się popisywali, on mówił o swojej mamie i o tym, jak modli się, by móc dać jej lepsze życie.
Bruce słuchał w ciszy… i z podziwem.
Kilka miesięcy później Bruce dowiedział się, że reżyser Frank Darabont (twórca „Skazanych na Shawshank”) rozpaczliwie szuka aktora do roli Johna Coffeya w filmie „Zielona mila”.
Potrzebny był ktoś potężny fizycznie, ale o czystym, niewinnym spojrzeniu.
Silny na zewnątrz — i dobry w środku.
I Bruce nie miał wątpliwości ani chwili:
„Taki człowiek istnieje. Nazywa się Michael Clarke Duncan”.
Zadzwonił osobiście do producentów i poprosił, by dali mu szansę na casting.
Gdy Michael wszedł do sali — zapadła cisza.
Nie musiał krzyczeć ani udawać siły. Wystarczyło, że przemówił swoim łagodnym głosem, który jego mama nazywała „moim cudem”.
I to wystarczyło.
Z ochroniarza bez przyszłości stał się nominowanym do Oscara za jedną z najbardziej poruszających ról w historii kina.
A pierwszy duży czek przeznaczył na spłatę długów medycznych swojej mamy.
Dlatego po latach Michael mówił, że Bruce Willis uratował jego życie… i życie jego matki.
Bo gdyby Bruce nie zabrał głosu — Hollywood nigdy by go nie usłyszało.
Tak działa Bóg.
Czasem nie otwiera drzwi sam —
wysyła kogoś, kto zrobi to za ciebie.
A tego dnia tym aniołem był Bruce Willis.
#film #ciekawostkifilmowe
źródło: 1000015276
PobierzKomentarz usunięty przez autora
Dzieci na onkologi też czekają na swoje anioły. Na co czeka bóg? Aż ich cierpienie uszlachetni? Ile mają na to cierpieć? Rok? Dwa lata? 10?
A Hania Barczak? Ona była czyims aniołem, pomagała koleżance z porażeniem mózgowym.. Zmarła na początku roku na raka kości. Czemu jej nikt nie uratował?!?!
Czemu nikt nie ratuje dzieci które umierają z głodu w jemenie? 2 mln dzieci jest tam skrajnie niedożywionych, umierają z głódu każdego
Komentarz usunięty przez moderatora
@Sarza01: może na Brucea Willisa?
@Sarza01: akurat gdzie jak gdzie, ale tam to wystarczy się nie r----ć jak króliki
@tellet:
Nie po prostu jesteś głupi. Nie wiem tylko w jakim celu raczysz ta głupota nas wszystkich. Przestań.
196cm wzrostu, 140kg wagi