Wpis z mikrobloga

Dasz Wiarę? Odc. 90, w którym przechodzimy przez wszystkie nurty chrześcijaństwa, a kończymy jako najpopularniejsza cerkiew w Burundi.

Wpis na blogu z lepszym formatowaniem i źródłami

Jeśli mieliście okazję studiować, to pewnie kojarzycie istnienie tak zwanych duszpasterstw akademickich. No, wiecie - msze studenckie, uśmiechnięci księża, gitarka i powtarzanie jak zły jest seks przedmałżeński. W USA także istnieje coś takiego, ale jako że jest to państwo wielowyznaniowe, to każda denominacja ma swoje grupy dla studentów i pracowników uczelni (tak, około 1% Polaków należy do innych wyznań, ale to kropla w katolickim morzu). Wśród tych denominacji są też te ewangelikalne, których model religijności różni się dość mocno od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. U nas religia (konkretniej - wyznanie katolickie) jest zazwyczaj kwestią tradycji, dodatkiem do tożsamości narodowej. W USA oczywiście również nie brakuje osób, którym to podejście jest bliskie, ale klimat religijny jest tam średnio gorętszy. Ewangelikalizm jest zaś w czubie wyznań stawiających na indywidualne zaangażowanie, znajomość Biblii, znajomość doktryny i wierność tejże, ewangelizację czy coś, co można przetłumaczyć jako “dawanie świadectwa”, a co znaczy “manifestowanie swojej wiary w wielu aspektach codziennego życia”.

To wszystko mocno widać na uczelniach, gdzie prężnie działają duszpasterstwa studenckie. Są one nastawione nie tylko na “przekonywanie przekonanych”, ale też na przyciąganie nowych wiernych. Jedną z wielu organizacji, które szerzą ewangelikalne chrześcijaństwo na uczelniach, jest Krucjata Kampusowa dla Chrystusa (Campus Crusade for Christ - CCC). Początki tego ruchu sięgają słonecznej Kalifornii lat 50. XX wieku i są związane z osobami Billa i Vonette Bright. W 1951 roku to właśnie oni wystartowali z Krucjatą na University of California, Los Angeles. Szybko zyskali posłuch wśród części studentów, a rok później mieli już ok. 250 stałych członków. Z upływem czasu CCC zaczęła ulegać profesjonalizacji, zatrudniać ludzi na etat, wynajmować biura, tworzyć programy misyjne i formacyjne itd. Ruch miał orientację konserwatywną i wpisywał się w silny wówczas antykomunistyczny nurt ewangelikalizmu. Co ciekawe, nie było im po drodze ze świecącym triumfy pentekostalizmem\*, który był tak popularny, że przenikał wówczas do innych kościołów i wyznań - także ewangelikalnych.

Brightowie uznawali oczywiście Świętego Ducha jako tego, który inspiruje chrześcijan, ale nie zgadzali się, że mówienie językami, przepowiadanie przyszłości (prorokowanie) czy spektakularne uzdrowienia są autentycznymi manifestacjami Trzeciej Osoby Świętej Trójcy. CCC opowiadała się za cesacjonizmem\*\*. Mimo że poglądy reprezentowane przez Brightów nie były tak trendy, to jednak udało im się zbudować ruch, który rozprzestrzenił się na teren całego kraju. Mottem CCC było “wygraj na kampusie dzisiaj, aby jutro wygrać świat”, ale z tym wygrywaniem były pewne problemy. Tysiące studentów interesowało się przesłaniem ruchu, ale koniec końców przegrywał on albo z obojętnością, albo wpływami kontrkultury lat 60. i 70. XX wieku. Wartości i przesłanie tej ostatniej kłóciły się dość znacząco z tym, co ewangelikałowie uważali za chrześcijańskie normy. Było to mocno frustrujące dla jednego z pastorów Krucjaty, niejakiego Petera Gillquista. Uważał on, że skoro wielu ludzi jest zainteresowanych przesłaniem o Jezusie, ale niedużo osób na poważnie angażuje się w CCC (większość ludzi odpadała od ruchu i zwracała się ku “zwykłemu” życiu, a nawet, o zgrozo!, wspomnianej kontrkulturze) to znaczy, że coś musi być nie tak z samymi założeniami. W 1968 roku uznał, że dalsza posługa nie ma sensu i zrezygnował.

Nie był on osamotniony w tych rozkminach. Wtórowali mu inni pastorzy Krucjaty, w tym znajdujący się wysoko w hierarchii ruchu, np. Jon Braun czy Gordon Walker. Po wstępnych rozmowach doszli do wniosku, że problem leży w charakterze CCC, który sprawia, że większość ludzi po krótkim okresie zaangażowania wraca do starych nawyków. Pastorzy uważali zaś, że prawdziwa konwersja to ta, która przynosi trwałą zmianę w życiu. Aby była ona możliwa, wierny musi mieć dobre otoczenie, które ułatwi mu wytrwanie w decyzji o poświęceniu życia Jezusowi. I właśnie takie otoczenie chcieli zapewnić swoim trzódkom. Jak to zrobić? Nasi pastorzy doszli do wniosku, że nie ma co wymyślać koła od nowa, bo takie społeczności już kiedyś zaistniały - inaczej chrześcijaństwo nie przetrwałoby przecież do XX wieku. Postanowili zatem zidentyfikować, co stało za sukcesem pierwszych wspólnot i skopiować dobre rozwiązania. W tym celu w 1968 roku stworzyli grupę zadaniową, która miała zbadać wspólnoty opisane w Nowym Testamencie i w opracowaniach o pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Dodajmy, że nie byli osamotnieni swoich w rozkminach - wiele podobnych im grup dochodziło do wniosku, że coś jest nie tak ze współczesnymi wyznaniami i należy wrócić do korzeni, aby to zmienić. Pogląd ten określa się powszechnie jako restoracjonizm.

Wyznania chrześcijańskie można klasyfikować na kilka sposobów, a według jednej z tych klasyfikacji wyróżniamy nastepujące grupy: historyczne (katolickie, prawosławne miafizyckie, nestoriańskie\*\*\*) - czyli takie, które mają ciągłość od pierwszych wieków i uważają, że są tym kościołem, który założyli apostołowie. Kolejne są wyznania reformowane, które uważają, że historyczne kościoły uległy z czasem degeneracji - stąd właśnie potrzeba reformacji, która oczyściła je z błędów. Restoracjoniści zaś to trzecia grupa, która, w uproszczeniu, uważa, że w przeszłości doszło do “Wielkiej Apostazji”. Miała ona polegać na zaparciu się pierwotnego przesłania Jezusa i Apostołów w wykonaniu liderów historycznych wspólnot. Zazwyczaj wskazuje się okres, gdy Cesarstwo Rzymskie formuje państwowy kościół, arbitralnie popierając jedne partie teologiczne i siłowo zwalczając inne. Według restoracjonistów doszło wówczas do zdrady, która polegała na tym, że część liderów kościoła dogadała się z władzami rzymskimi żeby zmienić nauczanie na bardziej zgodne z celami i interesami państwa w zamian za wysoką pozycję, pieniądze i przywileje. Z tej wizji dziejów wynika, że nie ma czego reformować - jedyną opcją jest odrestaurowanie kościoła z czasów Nowego Testamentu.

Podobny pogląd przyjęli początkowo ludzie skupieni wokół Gillquista, którzy szukali przepisu na prawdziwy kościół w Ewangeliach i pismach wczesnochrześcijańskich, np. w pracach Justyna Męczennika. To, co tam znaleźli, zupełnie jednak nie wpisywało się w ich dotychczasowe poglądy. Warto dodać, że nie były to dwutygodniowe lektury - na studia poświęcono kilka lat. Efektem tych kilku lat dociekań była seria spotkań, które odbyły się w 1975 roku, gdzie poszczególne osoby dzieliły się efektami swoich prac, wygłaszając referaty poświęcone konkretnym zagadnieniom. Niespodziewanie doprowadziło to do kłótni. Już pierwszy raport o obrzędowości starożytnych wspólnot autorstwa Jacka Sparka wywołał ostry spór, bo wynikało z niego, że chrześcijanie bardzo szybko wprowadzili coś na kształt liturgii, a ich spotkania odbywały się w zorganizowanej i zrytualizowanej formie. Kolejne kontrowersje wywołał referat o wczesnym dużym znaczeniu biskupów i szybkim pojawieniu się podziału na kler i laikat wśród chrześcijan.

Rewelacje te początkowo budziły sprzeciw, bo kłóciły się z przekonaniami pastorów, ale w miarę studiowania opasłych woluminów poglądy i wizja zaczęły się zmieniać. W wyniku tego doszło do przejścia z obozu restoracjonistów do reformatorów. W 1975 roku założyli więc Zakon Apostolski Nowego Przymierza (New Covenant Apostolic Order - NCAO), który był inspirowany Ruchem Pasterskim. Ten z kolei był pomyślany jako rozwiązanie problemów, które wielu ewangelikałów widziało w swoich wspólnotach. Wewnętrzni krytycy tego nurtu uważali często, że robi on szum i wzbudza silne emocje prowadzące ludzi do decyzji o “poświęceniu się” Jezusowi. Intensywne emocje mają jednak to do siebie, że są niemożliwe do utrzymania na dłuższą metę. Wiele osób krótko po tym, jak “wybiera Jezusa”, albo odpada od swojej wspólnoty, albo ogranicza swoją aktywność do zupełnego minimum, wracając do “pogańskiego” życia. Ruch Pasterski, aby utrwalić zmiany, proponował tworzenie grup ludzi, którzy byli bardzo mocno związani ze sobą i religijnymi przywódcami. Może aż za mocno. W niektórych spośród tych wspólnot liderzy decydowali za wiernych w kwestiach bardzo prywatnych i dla większości społeczeństwa mających niewiele wspólnego z religią.

NCAO według własnych założeń nie miała być stacją końcową, odrodzonym kościołem, a raczej przystankiem na drodze do celu, grupą dedykowaną znalezieniu i odtworzeniu pierwotnego, nowotestamentowego chrześcijaństwa. Nie był to jednak klub moli książkowych - jego przywódcy byli doświadczonymi i charyzmatycznymi pastorami, mieli swoich wiernych, z których wielu ewoluowało w wierzeniach i poglądach razem z liderami. Niektórzy odpadali po drodze, bo nie zgadzali się z kierunkiem, w jakim to wszystko szło, ale w ich miejsce przychodzili nowi. Bycie w procesie poszukiwań nie przeszkadzało bynajmniej w działalności misyjnej - w pewnym momencie liczba wiernych ustabilizowała się w okolicach 2200 stałych i aktywnych członków. Ci z nich, którzy prowadzili prace badawcze w celu znalezienia historycznego kościoła, dzielili się efektami nie tylko z resztą wspólnoty, ale także szerszą publiką - przy parafii w Isla Vista założono akademię, która na bieżąco publikowała artykuły w tym temacie.

Ciąg dalszy w komentarzach

#daszwiare #religia #protestantyzm #prawoslawie #chrzescijanstwo #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne
  • 9
  • Odpowiedz
Szukanie właściwego kościoła nie było jedynym zajęciem członków NCAO. W jego skład wchodziły zorganizowane parafie (część miała budynki dedykowane kultowi religijnemu, część spotykała się w domach członków), które regularnie odprawiały nabożeństwa według liturgii rekonstruowanych przez przywódzców. Szybko pojawił się i umocnił podział na “starszych” i resztę wiernych. To jednak nie znaczy, że ta druga grupa miała taryfę ulgową, jeśli chodzi o praktykowanie religii. Wprost przeciwnie, od “laikatu” wymagano wiele - nie tylko
  • Odpowiedz
Z biegiem czasu i przeczytanych opracowań historycznych NCAO zaczęło teologicznie zbliżać się do historycznych wyznań. Przyjęto między innymi pogląd o istotności sukcesji apostolskiej, który był jednak rozumiany inaczej niż tradycyjnie - Gillquist i jego ludzie uznali, że aby można było mówić o ważnej sukcesji, nie trzeba wcale wykazywać święceń od danego biskupa aż do apostołów - wystarczy, że dany biskup żyje cnotliwie. Pozostawała jeszcze kwestia ustalenia tego, które z historycznych wyznań jest
  • Odpowiedz
EOC uważał, że jest jednym z wielu prawosławnych kościołów. Skoro Polacy, Grecy czy Rosjanie mogą mieć swoje, to czemu nie Amerykanie z ewangelikalnymi korzeniami? Liderzy szukali porozumienia z kanonicznymi (to jest powszechnie uznawanymi) cerkwiami prawosławnymi działającymi na terenie USA. Nie traktowano ich jednak poważnie i absolutnie nie uznawano za prawosławnych. Skandalizujące historie i autorytarne podejście na pewno nie pomagały. Z upływem czasu biskupi EOC doszli do wniosku, że chcą stać się częścią
  • Odpowiedz
@niedoszly_andrzej: Bardzo fajny odcinek. To co nigdy nie przestanie mnie zadziwiać to niesamowity synkretyzm chrześcijaństwa a zwłaszcza protestantyzmu. Co ciekawe protestantyzm w stanach nie potrzebuje nawet chrześcijaństwa żeby dobrze sobie radzić. Niedawno czytałem "Nowych Purytan" Rothmana o nowej lewicy i zaskakującym wręcz podobieństwie woke do w/w purytan. Polecam jak jesteś w stanie przebrnąć przez prawicowe skrzywienie autora.

Co do wschodnich kościołów na zachodzie to wiesz może coś więcej o tym
  • Odpowiedz
synkretyzm chrześcijaństwa a zwłaszcza protestantyzmu.

@Towarzysz_Moskvin: czemu zwłaszcza? Wydaje mi się, że protestantyzm nie jest żadnym wyjątkiem, a nawet w niektórych wydaniach jest mniej synkretyczny niż "historyczne" kościoły. Pisałem o tym kiedyś (chyba), ale w nowszych pracach (polecam przystępnie napisaną ksiązkę Christendom Heathera, pierwszą częśc) często się wręcz mówi, że nie było żadnej "chrystianizacji Imperium" tylko raczej doszło "romanizacji Kościoła". Tzn. że w sojuszu Kościoła z Tronem, to biskupi byli junior partnerami cara, a nie na odwrót. Zabawne, że to się dobrze wpisuje właśnie w poglądy restoracjonistów (nie żeby tak do końca mieli rację).

Nowych Purytan" Rothmana o nowej lewicy i zaskakującym wręcz podobieństwie woke do w/w purytan.

nie czytałem, ale jestem dość ostrożny jeśli chodzi o takie porównania. Wszystkie radykalne ruchy społeczne mają dużo podobieństw i się przypominają, ale czy to coś naprawdę zmienia? No i bardzo irytuje mnie (nwm czy to jest w tej książce, ale często się z tym spotykam) takie bajanie "skoro X wiara i Y to wiara, to jest to
  • Odpowiedz
@niedoszly_andrzej: To czywiste że znajdziemy w tradycyjnych kościołach nurty bardziej synkretyczne nie mniej śmiem twierdzić że w obecnych czasach protestantyzm jako szeroko definiowana grupa zostawił daleko w tyle podobnie definionawany katolicyzm czy prawosławie.
Dzięki za polecenie z chęcią się zapoznam i co do zasady zgadzam się z poglądem o romanizacji kościoła niemniej po ugruntowaniu swojej pozycji synkretyzm zaczął znikać z "mainstreamu" przesuwając się na peryferia.

Co do ruchów społecznych to
  • Odpowiedz