Media od dłuższego czasu grzeją temat lekarzy, którzy wyciągają dziesiątki tysięcy złotych, wyrabiając normy na kilku etatach naraz. Pora jednak spojrzeć na inną grupę, która do absolutnej perfekcji opanowała dojenie systemu i pacjentów. Mowa o stomatologach posiadających kontrakty z NFZ. Płacimy z roku na rok coraz bardziej astronomiczne składki zdrowotne, a w zamian dostajemy w gabinecie darmowy wpis do rejestru i iluzję leczenia. Dla wielu placówek szyld NFZ to tylko darmowy lep na muchy, żeby zwabić pacjenta i płynnie skasować go na prywacie.
Zaczyna się już na starcie. Dzwonisz umówić się na fundusz? Rejestratorka wzdycha ciężko do słuchawki i recytuje z pamięci, że limity wyczerpane, a najbliższy wolny termin jest może za siedem miesięcy. Hitem jest to, że stojąc tam osobiście, widzisz, jak pani przewraca kompletnie puste kartki w kalendarzu. Spróbuj jednak w tej samej sekundzie zapytać o wizytę prywatną w tej samej placówce. W magiczny sposób zwalnia się miejsce tego samego dnia po południu. W poczekalni wiatr hula, lekarz pije kawę, ale oficjalnie system pęka w szwach od pacjentów z funduszu.
Najgorszym zagraniem jest jednak odsyłanie pacjentów z bólem. Kiedy rwie cię ząb i błagasz o interwencję, zazwyczaj słyszysz, że nie ma miejsc, doktor nie ma jak wcisnąć i proszę wziąć ketonal albo szukać nocnej pomocy. To jest jawne łamanie prawa. Przepisy NFZ mówią bezwzględnie: pacjent z bólem musi zostać przyjęty w dniu zgłoszenia przez każdy gabinet z kontraktem. Placówki żerują na niewiedzy i tym, że cierpiący człowiek odpuszcza i leci zapłacić 600 zł gdzie indziej. Lekarze trzęsą portkami tylko przed jednym. Wystarczy rzucić przy okienku: "Rozumiem, w takim razie proszę o wydanie mi na piśmie odmowy przyjęcia z bólem dla Rzecznika Praw Pacjenta i NFZ". Nagle cud – pan doktor jednak znajduje piętnaście minut na interwencję. Za taką odmowę grożą im potężne kary finansowe, idące w dziesiątki tysięcy złotych, a nawet utrata całego kontraktu.
Jeśli w końcu uda ci się usiąść na tym mitycznym fotelu, zaczyna się festiwal wciskania kitu na temat materiałów. Dentysta kręci głową i zaczyna opowiadać bajki, że ta darmowa plomba chemioutwardzalna to przeżytek, zło konieczne, zaraz wypadnie, a ząb pęknie. Wszystko po to, żeby cię zastraszyć i skłonić do dopłaty za wersję światłoutwardzalną. Prawda jest taka, że główna różnica sprowadza się do wygody samego lekarza i estetyki. Chemioutwardzalna zastyga błyskawicznie po wymieszaniu składników, więc dentysta musi się uwijać z jej nałożeniem. Tę płatną może rzeźbić na spokojnie do idealnego kształtu, bo twardnieje dopiero po naświetleniu lampą. Mechanicznie ta darmowa trzyma się latami tak samo dobrze. Każda plomba po jakimś czasie ulega ścieraniu i trzeba ją wymienić, ale w gabinecie zrobią z tej funduszowej najgorszy syf.
Ostatnia deska ratunku dla gabinetów to kłamanie w żywe oczy, że danego zabiegu nie ma w koszyku świadczeń. Sam ostatnio usłyszałem wprost: "tego zęba nie da się odbudować na NFZ". Z góry zakładają, że nikt z ulicy nie czyta rozporządzeń ministra zdrowia i nie zna swoich praw. Wystarczyło jednak stanowczo powiedzieć: "Nie, ja wiem co mi przysługuje i chcę to zrobić na NFZ". I co? Oczywiście nagle cud medycyny zadziałał, ząb został poprawnie odbudowany, chociaż dentysta robił to przez mocno zaciśnięte zęby. Liczą na to, że po prostu ulegniesz presji autorytetu.
Cały ten system to w wielu miejscach jedna wielka fasada. Gabinety mają stały strumień klientów naganianych przez wyszukiwarkę NFZ, a potem płynnie golą ich na prywatnych usługach. Dopóki sami nie zaczniemy głośno wymagać swoich praw, żądać odmów na piśmie i patrzeć im na ręce, dopóty będziemy finansować ten układ. Składek zdrowotnych nie unikniemy, ale nie musimy pozwalać, żeby w gabinetach robiono z nas idiotów.







Komentarze (160)
najlepsze
Pół roku temu bylismy u dentysty. Był ubytek. Wpisali nas na listę rezerwową na naprawę zęba. Teraz okazało się że trzeba robić kanał a na żadnej liście nie byliśmy.
To nie jest jakaś egzotyczna medycyna estetyczna, która może pozwolić sobie na wyjście poza ramę NFZ, to w zasadzie lekarz jak każdy inny, te same studia i takie samo zagrożenie życia i zdrowia, nieleczone zęby nie różnią się niczym od nieleczonego nadciśnienia (w kontekście powikłań), a mimo to kardiologa załatwimy na nfz, a leczenie zębów to już abstrakcja.
źródło: obraz
PobierzMożna zrobić listę osób, które chcą wyruchać przeciętnego Polaka:
1. Lekarze na prywatnej praktyce
2. Fachowcy od budowlanki i remontu
3. Mechanicy samochodowi
4. Urzędy
źródło: 18217b240174a538aa3d7b3adc2a84c0855ab78cc050bb77326d6bcca5c888e2
Pobierzźródło: znieczulenie_na_nfz
PobierzPotrzebny cytat konkretnego przepisu.
https://www.nfz-warszawa.pl/dla-pacjenta/co-kazdy-pacjent-wiedziec-powinien/leczenie-stomatologiczne/?hl=pl-PL
@starter5: to zażądać wydania na piśmie tej odmowy "wydania odmowy" ;)
- limity przyjęć ustala NFZ a nie dentyści
- chemo i światło utwardzalne znacznie się różnią
- procedury i materiały nfztowskie to technologia 20- 30 letnia, wiec trzeba być idiota żeby oczekiwać cudów
- dentyści coraz mniej chętnie pracują na NFZ, co widać po malejącej ilości zawieranych kontraktów
Nie, materiały na Nfz to nie to samo co prywatnie xd
Zakłada się co najtańsze, bo za potężne 50zł płacone przez Nfz nikt nie będzie z kieszeni dokładał xd
Nie zapominajmy o potężnych 100zł rocznie na Pacjenta xd
Pamiętam jak ludzie dzwonili na pogotowie z p--------i bo nie chciało sie pojechać na konsultacje do POZtu.
To jest norma, Pacjent z byle pierdołą na Sor, albo Poz sam na Sor odsyła