muszę się wygadać po wizycie w konsulacie

sir_prize

skończył mi się paszport. minęła jego data ważności.

ponieważ mieszkam w szwecji wszedłem na stronę rządową e-konsulat.gov.pl żeby sprawdzić jak się sprawy mają.


kiedy był czas, żeby wymienić poprzedni mój paszport, istniał jeszcze konsulat w malmö.
nie pamiętam szczegółów poprzedniej wymiany, ale zdaje się że zarejestrowałem się wtedy na wybrany termin, pojechałem na miejsce żeby dostarczyć dokumenty i później stawiłem się po odbiór nowego dokumentu.

sam fakt, że nic szczególnego mi się w pamięć nie wryło świadczy o tym że cały proces był bezbolesny.


jakże inaczej wygląda to dziś!

po konsulacie w malmö pozostało już tylko wspomnienie. nasze władze doszły widać do wniosku, że JEDEN konsulat w zupełności wystarczy do obsługi ok. stu tysięcy rodaków rozsianych po 450 tysiącach km2 szwedzkiego terytorium.

to że ci z południa mają teraz do pokonania ponad 600 km, około 6-7 godzin jazdy nie było widać żadnym argumentem za utrzymaniem placówki w malmö, która obsługiwała ok. 20 tys polaków mieszkających w skåne i sąsiednich landach.


wracajmy do sztokholmu, czy też sundbyberg, gdzie dokładniej mieści się aktualnie jedyny polski konsulat w szwecji.
strona e-konsulat.gov.pl mówi, że trzeba się zarejestrować na wizytę.

niestety wypełnienie formularza kończy się ZAWSZE wyświetleniem komunikatu, że
"Chwilowo wszystkie udostępnione terminy zostały zarezerwowane, prosimy spróbować umówić wizytę w terminie późniejszym."

ZA KAŻDYM JEBANYM RAZEM!

strona nie daje możliwości wyboru jakiegoś bardziej odległego terminu, uzyskanie powyższej informacji jest ostatnim krokiem który da się tam zrobić.

komunikat jest zatem jasny i klarowny - ODPIERDOL SIĘ!

nasze władze nie wpadły jeszcze najwyraźniej na pomysł, żeby rządowe strony mogły służyć obywatelom w kontaktach z placówką konsularną.
one mają służyć zapewnieniu spokoju urzędnikom.


kiedy jednak obywatel bardzo by chciał mieć w ręku ważny paszport, a zarejestrować się nie może to w końcu wsiada jednak do auta i jedzie te 500 kilometrów, żeby coś z tym fantem zrobić.
co go czeka na miejscu?

metalowa furtka, która odgradza dostęp do budynku.
przy furtce "domofon" - i co z tego? można sobie dzwonić do bólu, pracownicy są widać uodpornieni na dźwięk tego dzwonka.

najwyraźniej uodpornili się też na widok moknących na deszczu i wietrze rodaków, których zbiera się co chwilę spora grupka.

grupka tym liczniejsza im rzadziej z konsulatu wychodzą obsłużeni petenci, bo to jedyny moment, kiedy furtka się otwiera i kiedy można czmychnąć do środka.


a co w środku?

niezbyt przestronny hall, z kilkunastoma miejscami do siedzenia przylegającymi do trzech ścian, a przy czwartej TRZY OKIENKA!

upragnione miejsce kontaktu z rodzimą cywilizacją ;)

za chwilę okazuje się jednak, że z trzech okienek czynne jest tylko jedno, w którym pracuje skądinąd dość miła i uprzejma Pani.

w pozostałych dwóch pojawia się od czasu do czasu raczej opryskliwy Pan, który ma zapewne znacznie ważniejsze rzeczy na głowie niż obsługa interesantów, bo w okienkach pojawia się sporadycznie, z doskoku i na krótko.

nad okienkami zamocowany jest wyświetlacz, który z założenia ma informować czyja kolej.
nasza narodowa ułańska fantazja wzięła jednak górę nad takimi wynalazkami, bo po co nam jakaś tam kolejka.
każdorazowy dopływ zmokniętych i zdezorientowanych petentów wygląda tak samo:

- jakaś kolejka?
- gdzieś są numerki?

- kto ostatni?

nikt nie zna jednak odpowiedzi na te pytania a o kolejności dostępu do okienka decyduje Pani.


kiedy już miła Pani była uprzejma wypatrzyć moją skromną osobę, próbowałem wytłumaczyć że potrzebuję nowy paszport.
i że nie jestem umówiony bo umówić się nie da.
i że przejechałem właśnie 500 km tylko po to, żeby coś w tej kwestii począć.


Pani powiedziała mi, że wie że jest problem z rezerwacją terminów na stronie, ale ona nic z tym zrobić nie może, i że trzeba próbować.
kiedy jej powiedziałem, że próbuję od dwóch tygodni usłyszałem że muszę próbować częściej.

"próbowałem często jednak to nic nie dało" mówię do niej, "jestem teraz tu na miejscu, może moglibyśmy coś zaradzić" pytam.

niestety dowiedziałem się tylko, że co prawda dałoby się coś ze mną począć, ale to tylko możliwe w "przypadkach nadzwyczajnych".

nie miałem niestety niczego nadzwyczajnego w zanadrzu, i tylko informacja o pokonanej odległości sprawiła, że Pani się chwilę zastanowiła i powiedziała żebym zaczekał.

zaczekałem więc - pół godziny, godzinę, półtorej...

po dwóch godzinach miła Pani przywołała mnie do okienka, żeby mi powiedzieć, że "nie możemy pana dzisiaj przyjąć".
kiedy zobaczyła mój wzrok dodała tylko "przykro mi, rozmawiałam z konsulem i taka jest jego decyzja"


i tu w zasadzie byłoby miejsce na morał, ale to że władza ma nas na każdym kroku w dupie, nie jest jakoś specjalnie odkrywczym stwierdzeniem.

chciałem się tylko wygadać, bo mi od wczoraj ciśnienie jeszcze nie spadło.
teraz już wyplułem trochę żółci z siebie i od razu poczułem się lepiej...!