Celownik Nordena. Superbroń II wojny. Dlaczego alianci nie bombardowali obozów?

Historycy wojskowości uznają trzy najważniejsze wynalazki wprowadzone na pole walki w czasie II wojny światowej. Pierwszym jest monumentalny bombowiec B-29 Superforteca, drugim - Projekt Manhattan w efekcie którego stworzono bombę atomową, trzecim… żaden tam Tygrys ani krążownik, ale celownik bombowy Nordena. Ten ważący ponad 25 kilogramów przyrząd będący w gruncie rzeczy analogowym komputerem stworzonym przez holenderskiego wynalazcę Carla L. Nordena był najpilniej strzeżonym sekretem armii amerykańskiej w czasie wojny.


Legendarne zdanie, które krążyło wśród załóg bombowców brzmiało: „Z użyciem futbolówki (tak nazywali przyrząd) możesz trafić bombą do beczki z wysokości 9 kilometrów”. Celownik będący Świętym Gralem US Air Force rozwiązywał problemy przed jakimi stały wcześniej wszystkie siły lotnicze świata. Jak przy prędkości ponad 500 km/h, wietrze i obracającej się planecie (to w obliczeniach także brano pod uwagę), trafić w cel z precyzją zakładającą kilkadziesiąt metrów na margines błędu. Bombardierzy korzystali z celownika pobierając go dopiero przed lotem bojowym i byli wyposażeni w ładunek wybuchowy oraz rozkaz zniszczenia przyrządu w przypadku, gdyby samolot miał lądować awaryjnie na niepewnym terenie.


595874395951634441526378_1645022274W6Bi2KXMdttcZA6dfLEvjM.jpg



Celownik był na wyposażeniu głównego bombowca Amerykanów, czyli B-17, ale wszedł do użycia w Superfortecach posiadających o wiele większy zasięg, pozwalających w końcu docierać nad Japonię i niszczyć fabryki oraz miasta Cesarstwa. Jednym z elementów planu USA było zrzucanie napalmu na dzielnice mieszkaniowe w Japonii. Domy w tym kraju zbudowane z drewna i nasączonego impregnatem papieru płonęły jak sucha słoma. W marcu 1945 roku taki nalot spowodował śmierć około 100 tysięcy cywili w Tokio.


No dobrze, skoro alianci mieli taką wspaniałą broń, to dlaczego nie zbombardowali niemieckich fabryk śmierci? Lotnictwo RAF i US Air Force potrafiło punktowo trafiać w cele. W maju 1943 roku zniszczono ogromną tamę na rzekach z Zagłębiu Ruhry (Operacja Chastise), w sierpniu fabrykę rakiet V-1 na wyspie Uznam. Od końca 1943 roku lotnictwo alianckie mogło już operować z włoskiego Brindisi, co znacznie skracało odległość od celów w okupowanych krajach środkowej Europy. Skoro z lotniska w południowych Włoszech do Oświęcimia jest raptem 1300 km, to dlaczego nie podjęto próby zbombardowania miejsca w którym miało zostać zagazowanych milion ludzi?


Podjęto!


W sierpniu 1944 amerykańskie bombowce B-17 i B-24

przeprowadziły nalot na zakłady IG Farben w których produkowano kauczuk i benzynę syntetyczną. Do następnego ataku doszło we wrześniu 1944 roku, a potem jeszcze dwukrotnie w grudniu.


Tylko, że kilka kilometrów od tych fabryk działo się coś co przekraczało jakiekolwiek wyobrażenia.  Już od czerwca 1943 w Auschwitz II pracowały cztery krematoria z komorami gazowymi. O fakcie istnienia fabryki śmierci doskonale widzieli najważniejsi politycy brytyjscy i amerykańscy. Każda akcja bombowa niszcząca obóz mogłaby wstrzymać działanie śmiertelnej machiny. O tym co dzieje się za drutami informował wywiad AK. Ponadto wiosną 1944 roku powstał raport Rudolpha Vrby i Alfreda Wetzlera, dwóch uciekinierów z Auschwitz. Dokument dotarł do Waszyngtonu, a także Agencji Żydowskiej. David Ben Gurion miał powiedzieć „Nie znamy prawdy o całej sytuacji w Polsce i wydaje się, że nie będziemy w stanie zaproponować niczego w tej sprawie.” Ben-Gurion i jego koledzy obawiali się, że bombardowanie obozów może zabić wielu Żydów, obawiali się decyzji która będzie kosztować śmierć choćby jednego Żyda.

W końcu jednak zaapelowali do brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, który 7 lipca 1944 powiedział swojemu sekretarzowi spraw zagranicznych Anthony'emu Edenowi: "Wyciągnijcie z sił powietrznych wszystko, co możecie i w razie potrzeby powołajcie się na mnie". Jednak Brytyjczycy nigdy nie przeprowadzili bombardowania.


Alianci mogli zbombardować Auschwitz. Mogli też skutecznie niszczyć linie kolejowe wiodące do obozu z Węgier.


W sierpniu asystent amerykańskiego sekretarza wojny John J. McCloy napisał do Leona Kubowitzkiego ze Światowego Kongresu Żydów: „Po naszej analizie stało się jasne, że skierowanie znacznego wsparcia lotniczego i naszych sił teraz zaangażowanych w decydujących operacji gdzie indziej i byłoby wątpliwej skuteczności i  nie uzasadnia wykorzystania naszych zasobów. Ponadto pojawiły się wątpliwości związane z tym, że taka akacja spowodowałaby jeszcze bardziej mściwy odwet Niemców.

Faktycznie w tym czasie ważniejszym celem dla Amerykanów była operacja powietrzna na Pacyfiku i przygotowania do nalotów kierowanych nad Japonię.